środa, 23 grudnia 2015

Pierwsza w Polsce restauracja Hot Pot w Polsce

Witajcie! Dawno na swoim blogu nie poruszałam tematów, które związane byłyby z szeroko pojętym lifestylem. Szczerze mówiąc zdania na dzień coraz częściej korci mnie by lekko zmienić tematykę swojego bloga, a raczej powrócić do takiej, jaka była na samym początku. Samo pisanie o kosmetykach powoli niestety zaczyna mnie nużyć i mam wrażenie, że wypaliłam się blogowo. Liczę również na to, ze zmiana charakteru publikowanych przeze mnie postów, przyczyni się do zwiększenia ilości moich wpisów.

Jakiś czas temu miałam okazję przejść się do pewnej restauracji typu Hot Pot z kuchnią azjatycką. Shabu shabu (bo tak się ona nazywa) mieści się przy ulicy Mokotowska 27. Na czym polega Hot Pot?


Jak widzicie na zdjęciu, w stole zamontowane są garnki, do których kelner wlewa nam wybrany przez nas bulion (do wyboru mamy 4 rodzaje w tym również znajdziecie wegetariański), który później sami podgrzewamy. Bulion kosztuje ok. 5 zł.


Tutaj z kolei jest umieszczone urządzenie, które umożliwia nam "sterowanie" temperaturą jaka ma by w garnku czy też czasem jego gotowania.


Restauracja ma też w swojej ofercie charakterystyczne dla Azji napoje, które restauracja na swoje potrzeby importuje.  


Tak właśnie wygląda wypełniony bulionem garnek. Do niego wkładamy kawałki mięsa, warzyw czy też owoców morza.


W zestawie otrzymujemy trzy rodzaje sosów (sojowo- cytrynowy, sezamowy z papryczką chili, środkowego niestety nie pamiętam ;/).  Obok z kolei jest mini sitko i mała chochelka do nalania bulionu. 


Z koleżanką zdecydowałyśmy się zamówić mini pierożki. Otrzymałyśmy je w takim koszyczku, który z kolei później miałyśmy położyć na garnkach w celu ich podgrzania. Także gotowały się na parze :). Jeśli mnie pamięc nie myli to cen jednego pierożka wynosi 3 zł.




Z kolei na takim półmisku otrzymujemy wybrane przez nas jedzenie. Warto zaznaczyć, że jest ono surowe. Wybór mamy naprawdę duży m.in. krewetki, kiełki, makaron, mięso kaczki, drób, wołowina, wieprzowina, ryby czy też warzywa. Bardzo dobrym rozwiązaniem jest to, że gdy jednak stwierdzimy, że zamówiliśmy za mało, to bez problemu możemy domówić kilka sztuk :). Ceny poszczególnych elementów to koszt ok. 1 - 5 zł.


Zdaję sobie z tego sprawę, że może to wyglądać na skomplikowane, ale tak nie jest :). Wierzcie mi, że podczas takiego wyjścia można się naprawdę bardzo dobrze bawić. Co ciekawe ceny również są przystępne. Dla dwóch osób zestaw składający się z dwóch puszek napoju, pięciu pierożków oraz półmiskiem jedzenia kosztuje 60 zł.

Dajcie znać czy miałyście okazję być w tym miejscu. Jeśli nie to z miłą chęcią Was do niej zapraszam. Pyszną zabawę macie gwarantowaną :).

Pozdrawiam Was cieplutko :*.

niedziela, 29 listopada 2015

Dobroci z Meet Beauty Conference

Witajcie! Ponad miesiąc temu brałam udział w pierwszej w Polsce konferencji dla blogerów i youtuberów urodowych. Wiem, wiem - sporo dni minęło już od tego wydarzenia, a  ja dopiero teraz przychodzę z wpisem na ten temat. Ostatnio wzięło mnie na małe wspominki. 

Ten post nie będzie zwykłą relacją z wydarzenia, ponieważ ku mojemu nieszczęściu nie mam zdjęć z niego ;/. Bardzo nad tym ubolewam, ale istotne dla mnie jest to, że wspomnienia w mojej głowie pozostaną na bardzo długo. M.in. dlatego, że w końcu miałam okazję poznać Anetę z bloga Annabelle-beauty, Ewelinę (Alleve) oraz Anię (Kolorowy-kraj). Była to też idealna okazja do ponownego spotkania z Beatą piszącą bloga (Rajskie Spa). Dziewczyny, jeśli czytacie mój wpis to z całego serducha chcę Wam podziękować za doborowe towarzystwo :). Mam nadzieję, że będziemy miały okazję ponownie się zobaczyć. 


Tego typu konferencja jest wydarzeniem, które daje idealną możliwość osobistego poznania osób, których blogi czytamy / kanały na YT oglądamy na co dzień. Jak również wymiany własnych doświadczeń. Wiem, że w przyszłości będzie więcej takich spotkań ( najbliższe - prawdopodobnie już na wiosnę) ,W mojej notatce bardziej skupię się na tym, by pokazać Wam jakie upominki organizatorzy oraz sponsorzy przeznaczyli dla nas :). 


Przyznam, że ciekawie wracało się do domu. Całe szczęście, że był to weekend, bo nie mam pojęcia jakbym dojechała, gdybym miała stać w korkach. Torby były naprawdę ciężkie.


Baz pod makijaż nie używam, ale w połowie grudnia mam imprezę świąteczną z pracy, więc wtedy też mam w planach ją użyć - by mieć nieskazitelny makijaż przez całą noc. Tusz czeka jeszcze w swojej kolejce, natomiast puder poszedł już w ruch i jest całkiem, całkiem. 


Podczas spotkania miałyśmy możliwość zbadania skóry naszej głowy. Po badaniu dobierano odpowiednie kosmetyki, które pomogą naszym włosom. Nie wiem jak Wy, ale ja ostatnio przez ogrzewanie cierpię na szybkie przetłuszczanie się włosów.  Z tego powodu otrzymałam szampon do codziennej pielęgnacji włosów tłustych. Zużyłam już pół butelki i  o dziwo jestem też z niego zadowolona (post wkrótce). Maska natomiast czeka na swoją kolej.



Pierre Rene obdarzyło nas błyszczykiem oraz tuszem do rzęs. Błyszczy to zupełnie nie mój kolor, ale za to mojej mamie z pewnością się spodoba :).


Henkel Polska podzieliła się produktami marki Fa, Schwarzkopf oraz Syoss. Z Syoss był jeszcze odświeżacz koloru, ale z racji tego, że od ponad roku nie maluję włosów, to oddałam go Beacie :).


Niestety stoisko Golden Rose nie do końca zachwycało. Z tego co wiem sporo dziewczyn narzekało na jakość obsługi. Niestety miałam okazję doświadczyć tego na własnej skórze. Jedna z Pań była w stosunku do nas bardzo roszczeniowa, ponadto traktowała uczestników jak osoby, które przyszły do niej tylko po to by wysępić kosmetyki. Co niestety jest bardzo krzywdzące. Na stoisku były dwie osoby, by nie było nieporozumień - druga Pani była przemiła i bardzo pomocna. Cieszę się, że udało mi się zdobyć ten złoty eyeliner, ponieważ szukałam go od dłuższego czasu - powiem Wam, że jest idealny.


Tutaj spotkała mnie największa niespodzianka, która zdecydowanie stoi na pierwszym miejscu upominków. Pamiętam jak dzień przed, przeczytałam na facebook'u wydarzenia o tym, iż każda z uczestniczek warsztatów Neonail otrzyma zestaw do domowego wykonywania manicure hybrydowego. Stwierdziłam, że nie uwierzę, póki tego nie zobaczę. Uważałam, że jest to za piękne by mogło być prawdziwe. Co ciekawe miałam od swojego chłopaka pod choinkę otrzymać tego typu zestaw. Nawet nie wiecie jak się ucieszyłam, kiedy dostałam do ręki ten oto zestaw :). Jest genialny na sam początek. W grudniu będę chciała napisać oddzielny post o hybrydach, więc później przeczytacie o wiele więcej.


Semilac również miał swój wkład w konferencję. W paczkach otrzymałyśmy bazę, top oraz jeden kolor lakieru. Mi trafiła się brokatowa zieleń - niestety zupełnie nie w moim kolorze. 

Co myślicie o tego typu wydarzeniu? 

Pozdrawiam Was cieplutko i udanego poniedziałku!

wtorek, 24 listopada 2015

Jesienno - zimowy umilacz

Witajcie! Za oknem szaro, buro i ponuro, a do tego niemiłosiernie zimno. Chociaż to śmiesznie zabrzmi ale i tak czekam na śnieg za oknem. W czasie takiej aury (nie tylko tej ze śniegiem, ale również tej jesiennej) nie wyobrażam sobie wieczoru bez zapalonej świecy, ciepłego koca, książki i ciepłej herbaty. Ten bajeczny nastrój w unoszącym się pięknym zapachem to jest to! Możliwe, że brzmi bardzo filmowo, ale taki efekt wcale nie jest trudny do osiągnięcia. Uważam, że jesienno - zimowy okres jest jednym z najbardziej bajecznych momentów w roku. Wtedy też w moim mieszkaniu nałogowo palone są świeczki czy też wszelkiego rodzaju zapachowe woski. 

Zazwyczaj kupowałam małe świeczki z biedronki czy też Hebe, ponieważ nie widziałam sensu w wydawaniu 100 zł na zapachową świecę. Od wielkiego dzwonu decydowałam się na świece z Bath and Body Works, ale tylko na promocji. Trochę żałuję, że dopiero teraz skusiłam się na świecę z prawdziwego zdarzenia. Postawiłam wypróbować sławne już chyba w całej blogosferze świece Kringle Candle oraz WoodWick. 

Kringle Candle - Brandied Pumpkin

Mało kto wie, że firmę Kringle Candle założył syn dawniejszego właściciela Yankee Candle, który już od dłużeszego czasu pozbył się swoich udziałów i nie współpracuje z firmą w ogóle. Fajne jest to, że KC moim zdaniem jest lepszą wersją YC i to o wiele. Dlaczego? O tym przeczytacie poniżej. 



Sam zapach jest połączeniem dyni, gałki muszkatołowej, cynamonu, imbiru, jabłka, wanilii oraz karmelu. Pachnie nieziemsko. Moim zdaniem czujemy korzenny aromat, który przypomina moment, w którym w domu piecze się ciasto.


Jak możecie zauważyć podstawową różnicą jest sam wygląd słoja, który moim zdaniem jest bardziej klasyczny oraz elegancki. Z miłą chęcią po wypaleniu świecy wykorzystam go do czegoś. Jeszcze nie mam pomysłu, ale może Wy mi coś podpowiecie?  Drugą zasadniczą różnicą są dwa knoty, które zdecydowanie ułatwiają równomierne spalanie się świecy. CO ciekawe, z  tego co pamiętam w co po niektórych YC były dwa knoty, a tak to trzeba było kupić specjalną osłonkę do równomiernego palenia. Co (nie ukrywajmy) tanie nie jest, bo kosztuje ok. 70 zł. W przypadku Kringle Candle nie musimy się tym przejmować. 

Ciekawe i fajne w tej świecy jest to, że w mieszkaniu pachnie długo po zgaszeniu jej. Mieszkam w kawalerce, więc powierzchnia nie jest duża - możliwe, że to jest wytłumaczenie tego. Aczkolwiek w normalnym mieszkaniu następnego ranka moim zdaniem pokój również pachniałby tym zapachem. Jedno wiem Kringle Candle skradło moje serce.

WoodWick - Christmas Cake (Edycja Limitowana)


Jeśli lubicie słodkie zapachy, to ten z pewnością się Wam spodoba. Jest to zapach waniliowego ciastka, z nutą lukru oraz cukrowej posypki.  Idealnie świąteczny :). Wiele czytałam na blogach o dźwięku jaki wydaje palący się knot. Jak mam być szczera, to nigdy nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Dopiero gdy zapaliłam swoją świeczkę to zrozumiałam. Momentalnie przeniosłam się do pomieszczenia, w którym pali się kominek, a ja siedzę pod ciepłym kocem. Efekt jest niesamowity. Chociaż wiem, że niektóre osoby wkurza - w tym mojego chłopaka :P. 

Jak widzicie na zdjęciach limitowana edycja ma przecudowne opakowanie. Gdy się pali można zauważyć uroczego podświetlonego renifera. Nie jest to co prawda słoik, ale z pewnością na przyszłe święta znajdę dla niego zastosowanie, ponieważ opakowanie jest tak urocze, że nie wyobrażam sobie sytuacji, w której je wyrzucam.

Bardzo się cieszę, ponieważ tak samo jak z KC, świeca spala się równomiernie co mnie niezmiernie cieszy. 

Zakupy uważam za bardzo udane. Wiem, że podczas przyszłego wyboru świecy będą miała nie lada zagwozdkę, na jaką świecę się zdecydować. Czas pokaże, którą wybiorę, ponieważ z obu jestem zadowolona w takim samym stopniu. 

A Wy jakich świec używacie?

Ja tymczasem idę spać. Pozdrawiam Was cieplutko! :*

niedziela, 15 listopada 2015

Naturalny dezodorant Arm & Hammer

Witajcie! Każda z nas używa antyperspirantów. Jeśli dobrze przyjrzymy się ich składom zobaczymy, że w większości z nich (zwłaszcza w tych drogeryjnych) występuje aluminium, a właściwie sól tego pierwiastka. Co takiego powoduje? Używając takiego antyperspirantu, aluminium zaczyna zatykać nasze pory znajdujące się w skórze, co z kolei hamuje naturalny proces pocenia się skóry naszego ciała. Przenikając do naszej skóry zaczyna się w niej gromadzić. Brzmi strasznie? Może nie do końca, aczkolwiek wielu lekarzy bije na alarm. Dlaczego? Niestety obecny w kosmetykach aluminium z biegiem czasu może przyczynić się do zwiększenia prawdopodobieństwa zachorowania na raka (w tym raka piersi) oraz licznych chorób na tle neurologicznym (np. choroba Alzheimer'a). Dlatego też postanowiłam szukać swojego naturalnego zamiennika. Niestety nie do końca jest to łatwe. Zazwyczaj naturalne antyperspiranty działają trochę słabiej niż ich drogeryjne zamienniki. 
Przez ostatnie 4-5 miesiący (wydaje mi się, że bardziej 5 miesiąc, aniżeli czwarty) stosowałam antyperspirant Arm & Hammer. Czy jestem z niego zadowolona? Przeczytacie o tym poniżej.


Z pewnością znajdę jedną niezgodność z tego co napisał producent. Moja wersja miała być bezzapachowa. Ja zdecydowanie wyczuwam w nim cytrynową nutę. Moim zdaniem jest to drobiazg. Ważne, że sam kosmetyk działa i faktycznie nie pozostawia żadnych śladów na ubraniach. Stosowałam go w sierpniu, gdy w Polsce szalały tropikalne upały. Wtedy nie miał łatwo. Co prawda w tamtym czasie można było zauważyć delikatne, wilgotne ślady pod pachami, ale nie oszukujmy się - wtedy to każdy antyperspirant ma prawo przegrać z taką pogodą.


W składzie widnieje Glycol, więc nie do końca mi się to podoba, aczkolwiek przymknę na to oko. Skład nie jest zły, chociaż mógłby być lepszy.


Podobna mi się w nim to, że dzięki niemu przekonałam się do kosmetyków w tej postaci, a zawsze takich unikałam. Nie lubiłam tzw. białych grudek, które zawsze pojawiały się na zgięciu skóry - tutaj tego nie ma. Sam kosmetyk jest niesamowicie wydajny. Dopiero teraz go "denkuję". Niestety pod koniec (jak już mogę zobaczyć plastik) stracił trochę na swoim działaniu. 

Niestety obecnie nie jest on dostępny w Polsce, aczkolwiek jeśli będziecie miały okazję go kupić to z czystym sercem mogę go Wam polecić. Cena też nie jest wysoka, bo kosztuje ok. 4-5$. 

P.S. Jeśli macie godny polecenia naturalny antyperspirant - dajcie znać, ponieważ dalej poszukuję swojego ideału. Zależy mi na tym, bym mogła kupić go w Polsce.

Pozdrawiam Was cieplutko! :*

piątek, 6 listopada 2015

Bio - Pycnogenol: co to takiego?

Witajcie! Ostatnio częściej skupiam się na kwestiach zdrowotnych swojego organizmu - im bardziej jestem starsza, tym większą uwagę do tego przykładam. Może i to mało odkrywcze i powinnam to zrobić już dawno temu, ale lepiej późno niż wcale. Chciałam tylko podkreślić, że to co napisałam powyżej nie oznacza tego, że wcześniej w ogóle o moje zdrowie nie dbam.  
Często w okresie jesienno - zimowym częściej sięgamy po swego rodzaju suplementy. Osobiście raz na jakiś czas sięgam po skrzyp, ale nic poza tym.

Prawdopodobnie po tym wstępnie zdziwicie się, dlaczego zdecydowałam się przyjąć propozycję Pharma Nord. Szczerze mówiąc była to czysta ciekawość.



Pharma Nord jest jednym z największych europejskich producentów suplementów diety, produktów leczniczych oraz preparatów ziołowych. Firma ciągle się rozwija, produkując i sprzedając suplementy diety, których działanie zostało potwierdzone naukowo. Preparaty te charakteryzują się wysoka bio-dostępnością oraz bezpieczeństwem stosowania.


Osobiście zdecydowałam się tabletki Bio - Pycnogenol. Czym jest Pycnogenol? Jest to wyciąg z kory, francuskiej sosny śródziemnomorskiej (łac. Pinus pinaster). Pycnogenol zawiera również wiele kwasów owocowych, w tym kwas kawowy, kwas ferulowy, kwas galusowy, kwas kumarowy i kwasu wanilinowy. Zarówno bioflawonoidy i kwasy owocowe można znaleźć w wielu innych owocach i warzywach, ale nie w pojedynczej roślinie, i nie w tych samych proporcjach.

Poniżej znajdziecie skład oraz sposób dawkowania.


Jedno opakowanie zawiera 30 tabletek. Szczerze mówiąc miałam otrzymać dwumiesięczną suplementację (po takim czasie można zauważyć początkowe rezultaty), natomiast została mi wysłana dawka na miesiąc (dwa opakowania), ponieważ trzeba przyjmować tabletki dwa razy dziennie.  Recenzję opublikuję po miesiącu, aczkolwiek nie podziewam się dużych rezultatów. 

Pozdrawiam Was cieplutko :*.

sobota, 31 października 2015

Acure - 100% Olej Marula

Witajcie! Od ostatnich paru miesięcy wprowadzam "drobne' zmiany w mojej pielęgnacji. Zaczęłam swoją przygodę z kwasami, ale przede wszystkim postawiłam na bardziej naturalną pielęgnację. Co ciekawe zauważyłam również miłe zmiany - im dłużej stosuje naturalne kosmetyki tym, lepiej wygląda moja cera. Wiem, wiem... może  to i mało odkrywcze, ale cieszę się z tego jak dzieciak z lizaka :D. 


Dzisiaj napisze parę słów na temat oleju marula. Stosuję go głownie punktowo na wszelkie wypryski jakie pojawią się u mnie na twarzy. Chociaż czasami jak widzę, że moja cera nie jest w dobrym stanie - nakładam go na całą twarz. Nie jest to olej, który raz dwa czyni czyni cuda i zadziała tak, że rano obudzicie się z piękną i nieskazitelną cerą. Co to, to nie. Ale też nie myślcie, ze zaraz w ogóle nie robi nic pożytecznego. Działa i to naprawdę bardzo dobrze. W moim przypadku niweluje wszelkie zaczerwienienia- do tego stopnia, że rano moje niedoskonałości zdecydowane są mniejsze. Jestem z niego zadowolona do tego stopnia, że całkowicie zrezygnowałam z maści przeciwtrądzikowych, które zawierały w sobie antybiotyki. Co ciekawe fajnie też nawilża skórę. Często zamiast kremu nawilżającego, wieczorem stosowałam właśnie ten olej. Natomiast na wszelkie otarcia czy opryszczki stosuję olej tamanu, o którym lada dzień napiszę.

Skład: 
100% sclerocarya birrea (marula) oil.

Fajne w nim jest to, że nadaje się dla wegan i nie jest testowany na zwierzętach. Nie zawiera również glutenu, siarczanów, PEGów, silikonów czy też parabenów.  Nie zapycha również porów, więc nie ma się czego bać.


Sam olej jest dostępny w sklepie iHerb. Swoją sztukę otrzymałam od Madzi, z kolei same zauważyłyśmy go u Nissiax. 

Samo opakowanie jest bardzo estetyczne. Olej zamknięty jest w szklanej buteleczce, która ma bardzo wygodny dozownik, za pomocą którego można wydobyć taką ilość produktu jaka jest nam potrzeba.  Sam olej trzymam w lodówce. Moim zdaniem jest to zdecydowanie lepsze miejsce, niż wilgotna łazienka.

Zastanawiam się jaki Wy macie stosunek do naturalnych kosmetyków i ich stosowania/ działania.

Pozdrawiam Was cieplutko :*.

niedziela, 25 października 2015

Kilka nowości w mojej kosmetyczce

Witajcie! Jak zaczynałam swoją przygodę z blogowaniem, namiętnie publikowałam posty dotyczące nowych zakupów. Z tego co pamiętam dawno już nie było tego typu notki u mnie na blogu. Prawdopodobnie przez to, że większa część moich kosmetyków pochodzi w tzw. wymianek z Madzią
Prawdopodobnie większość z nas (zdecydowanie należę do tego grona osób) o wiele bardziej dba o skórę podczas jesienno - zimowego okresu. Do tego jak już wiecie, coraz częściej kupuję kosmetyki naturalne. Stąd też poniższy haul. Produktami Was nie zaskoczę, bo zapewne je znacie. Ja natomiast jestem trochę w tyle z nimi, z racji zużywania moich zapasów.


Wiele dobrego słyszałam o tymiankowym żelu do mycia twarzy z firmy Sylveco. Przyznam szczerze, ze zapach jest specyficzny, ale po stosowaniu na twarz czarnego mydła nic już mnie nie odstraszy :). Od dłuższego czasu chciałam zastosować kwasy. Nie wiedziałam tylko jaki. Wiadomo, latem niekoniecznie można je stosować. Z pomocą przyszła mi Nissiax, dzięki  której poznałam kwas azelainowy. Na dobry początek wystarczy. Po jego zużyciu mam w planach jego zakup w półproduktach.


Pamiętam jak ponad rok temu było wielkie BUM na masło do ust Nuxe. Planowałam go wtedy kupić, ale bardzo było mi nie po drodze. Ostatnio natomiast szukałam dobrego i bardzo odżywczego balsamu do ust, więc zdecydowałam się na niego.


Do zakupu tej odzywki nieświadomie zachęciła mnie Madzia, gdy sama mnie o nią poprosiła. Używałam jej dopiero dwa razy, ale włosy po niej są o wiele lepsze niż po maskach od Babuszki Agafii. Wszystko to w cenie 5 zł :D.

Mój poprzedni korektor sięgnął dna, więc tym razem postawiłam na słynny Camouflage z Catrice - też już jest w użyciu i jak do tej pory spisuje się naprawdę dobrze. Z kolei konturówkę Essence kupiłam do testów. Sporo osób je zachwala i chciałam ją porównać z moimi ulubionymi kredkami z Golden Rose. Zobaczymy, które wygrają.


O tej odżywce też było głośno. Cudów się nie spodziewam, bardziej traktuję ją jako bazę pod tusz do rzęs. Z kolei zakup eyeliner'a z Wibo podyktowany był tym, ze jego poprzednik (ten sam kosmetyk) zaczął mi się już kruszyć. Kosztuje ok. 9 zł a wystarczył mi na ok 8 miesięcy, więc całkiem dobry wynik :).

To praktycznie byłoby na tyle. Zamówiłam sobie jeszcze dwa kosmetyki Put & Rub: otulające masło do ciała oraz balsam do ciała z tej samej serii. Osobiście preferuję masła, aczkolwiek chcę zrobić porównanie tego, który jest lepszy. 

I to byłoby na tyle :). Jestem ciekawa, które z Was miały te kosmetyki oraz też tego, jak się u Was sprawdziły. 

Pozdrawiam Was cieplutko!

poniedziałek, 19 października 2015

O szamponie, który w magiczny sposób rozczesuje włosy

Witajcie! Pewnie większość z Was już śpi, więc przeczytacie notkę do śniadania :) Powoli też się do tego zabieram, ale zanim to nastąpi napiszę parę słów o tym cudeńku. Odkąd powróciłam do swojego naturalnego koloru włosów, postanowiłam zmienić również ich pielęgnację. Od zawsze "biadoliłam" na temat tego jak bardzo chciałabym przetestować kosmetyki Babuszki Agafii. Zdecydowałam się postawić na ich produkty do włosów. I wiecie co? Nie żałuję. Na samym początku postawiłam na odżywczy szampon jajeczny. 


Od tego produktu skończyła się moja przygoda z drogeryjnymi szamponami. Fajne w nim jest to, że nawilża moje włosy do tego stopnia, iż mogę je rozczesać bez stosowania jakichkolwiek odżywek. Wierzcie mi, że przy naturalnych, jasnych blond włosach to nie lada wyczyn, ponieważ z reguły niemiłosiernie się kołtunią i naprawdę ciężko jest je rozczesać. I nie mówię tutaj o rozdwojonych końcówkach.  

Poniżej znajdziecie skład szamponu. Jak widzicie, jest naprawdę dobry.


Ciężko jest mi opisać jego zapach. Z jednej strony wyczuwam jajka, ale bardziej czuję zapach ciasta, które jest świeżo ugniatane. Mam nadzieję, że wiecie co mam na myśli. Oprócz lepszego rozczesywania moich kołtunków, zauważyłam również to, że są one niesamowicie miękkie. Przy czym nie obciążają struktury włosa. Mam włosy przetłuszczające się, natomiast ten szampon nie przyspiesza tego procesu.
kk

Według mnie jest naprawdę wydajny. Włosy myję codziennie, przy czym za każdym razie pod prysznicem nakładam i spłukuję go dwa razy. Biorąc pod uwag moje mycie włosów, wystarczył mi na ok. 3 miesiące . Normanie drogeryjny szampon miałam na 1,5 miesiąca. Opakowanie swobodnie pozwala na wydobycie kosmetyku do ostatniej kropli. Z tego co pamiętam zapłaciłam za niego ok. 10 zł, więc cena jest bardzo atrakcyjna. Mogłabym się przyczepić do dozownika, ponieważ czasami za dużo szamponu wypływało mi na rękę, ale byłoby to szukanie minusów na siłę. 

Moim zdaniem jest to kosmetyk naprawdę godny polecenia. Jeśli, tak jak ja - rozpoczynacie swoją przygodę z naturalnymi kosmetykami, zdecydowanie powinniście po niego sięgnąć. 

Pozdrawiam Was cieplutko.
Dobranoc i dzień dobry :*

poniedziałek, 12 października 2015

Douglas vs. Sephora

Witajcie! Dzisiaj post miał się ukazać o wiele wcześniej, ale też jego treść miała być o czymś innym. Przyznam szczerze, że bardzo długo zastanawiałam się nad tym, czy aby na pewno chcę pisać o tym na moim blogu. Jednak z drugiej strony dlaczego miałabym tego nie zrobić. Tutaj właśnie znajduje się mała część mojego ja, w której umieszczam swoje opinie i przemyślenia. 

O czym będzie ten post? Zdecydowanie o jakości obsługi w drogeriach Douglas i Sephora. Już od dłuższego czasu słyszałam złe opinie na temat obsługi w drogerii Sephora. Po części się z nimi zgadzałam. Dlaczego? Zawsze jak tam wchodzę to czuję się jak jakiś złodziej, ewentualnie biedak, kiedy zwracam się o pomoc do ekspedientek. Pomijam już kwestię tego, że przy każdej wizycie jestem otaczana przez kilka ekspedientek, przez co człowiek czuje to, że firma chce tylko i wyłącznie na nim zarobić. Rozumiem zasady rynku, ale moim zdaniem można to zrobić w bardziej delikatny sposób. 

Inaczej jest w Douglas, gdzie Panie zawsze były dla mnie pomocne i co lepsze często odradzały mi zakup droższej rzeczy, natomiast pokazywały mi tańszy odpowiednik. Fajne jest w tym sklepie to, że przy podaniu kwoty jaką chce się przeznaczyć na dany produkt ekspedientka nie robiąc przy tym jakichkolwiek min ( co niestety się zdarza w Sephora'ze) pokazuje co możemy kupić w konkretnej cenie.


W ostatnia sobotę razem z moim chłopakiem pojechaliśmy do Arkadii w Warszawie. Chcę kupić pełnowymiarową wersję kremu All About Eyes Rich Clinique. Ale zanim to nastąpi wolałabym przetestować jego próbkę zanim wydam taką kwotę pieniędzy. Jakiś czas temu usłyszałam o zestawie próbek, który zawiera właśnie ten krem, a kosztuje 50 zł. Właśnie z taką myślą udałam się do Douglas. 
Pani ekspedientka z uśmiechem na twarzy wysłuchała co miałam na myśli, poszła ze mną do stosika Clinique i zaczęła szukać owych próbek. Gdy okazało się, że ich nie ma (oraz po moim pytaniu o ewentualną dostępność) z uśmiechem na twarzy poszła poszukać koleżanki, która opiekuje się tym działem (pomimo dużego ruchu, ponieważ wtedy też odbywały się 11 urodziny Arkadii i zakupy trwały do 24, wiec było dużo ludzi). Wracając udzieliła mi kompletnej odpowiedzi. Do końca mojej wizyty była jak do rany przyłóż.

Później stwierdziłam, że przejdę się do Sephory. Chociaż od razu wydawało mi się, że nie będzie tam tego typu rzeczy, to stwierdziłam, że spróbuję. Zanim doszłam do stoiska Clinique, które jest na samym końcu drogerii (która jest naprawdę duża) "zaczepiło" mnie 2 konsultantów - trzecim była Pani zajmująca się tą marką. Gdy powiedziałam czego poszukuję Pani spojrzała na mnie jak na dziwoląga, który chyba pomylił sklepy, ponieważ na ten zdecydowanie mnie nie stać. Jasno dała mi do zrozumienia swoja mimiką, gestykulacją oraz tonem głosu, że takimi małymi i tanimi rzeczami oni się nie zajmują, ponieważ są zbyt dobrym sklepem. 

Sama pracowałam w kilku sklepach (co prawda nie w drogeriach, a sklepach ubraniowych), ale do głowy mi wtedy nie przyszło by jakiegokolwiek klienta traktować z góry. Zdarzało mi się również powiedzieć, że dany fason nie jest dla niego. Co ciekawe później dani klienci przychodzili i dziękowali mi za pomoc w wyborze. Dlatego tym bardziej trudno mi jest zrozumieć zachowania Sephory. Mi też zdarzali się różni klienci. Ale nigdy w życiu nie przelewałam swojej złości na Bogu ducha winnego innego klienta. 

Po tamtej wizycie stwierdziłam, że jeśli będę chciała cokolwiek kupić w Sephorze to zrobię to on - line, aczkolwiek stacjonarnie będę chodzić do Douglas, gdzie nie mają klienta za najgorszą osobę na świecie. Nie jestem trudnym klientem, ani takim, który postradał rozumy. Aczkolwiek uważam, że obsługa powinna traktować klienta jak równego sobie, bo później to się odbija na danej marce, która traci na popularności. 

Jestem ciekawa jakie Wy macie doświadczenia z powyższymi drogeriami. Dajcie znać!

P.S. Zmieniłam nagłówek swojego bloga. Nie jestem za bardzo kreatywna, więc proszę - nie linczujcie :). Aczkolwiek jestem ciekawa Waszego zdania na jego temat :). 

Ja tymczasem idę spać. Dobranoc Kochani! :***

niedziela, 4 października 2015

Lawendowy krem Andalou

Witajcie! Jak minęła Wam pierwsza sobota października? U mnie była dość aktywna. W końcu odwiedziłam Muzeum Historii Żydów Polskich (jeśli będziecie w Warszawie lub w niej mieszkanie, naprawdę warto jest odwiedzić to muzeum. Tylko zarezerwujcie sobie min. 4 godziny.), następnie zrobiłam małe porządki w szafach. Czas najwyższy zmienić swoja letnią garderobę na jesienną. Dzisiaj natomiast planuję trochę się poruszać i na koniec dnia - by przygotować się na przyszły tydzień (czeka mnie służbowy wyjazd do Krakowa) pójść do kina. Aczkolwiek zanim to nastąpi napiszę dla Was kilka słów o jednym z najlepszych kremów, jakie kiedykolwiek dane mi było używać. 


Jak możecie zobaczyć na zdjęciu post będzie dotyczył lawendowego kremu do rąk Andalou. Pamiętam czasy jak nienawidziłam (tak - nie byłam w stanie znieść) zapachu lawendy. Lata minęły, a ja zakochałam się w nim. Cieszyłam się jak dziecko, gdy zobaczyłam, że Madzia z bloga Curlyowca przysłała mi to cudo. Opowiadała mi dużo dobrego o tym kremie i nie mogłam się doczekać testów na moich dłoniach.

Przyznam, że dość sceptycznie podeszłam do tego kremu. Był to czas, gdy dopiero rozpoczynałam swoją przygodę z naturalnymi kosmetykami i nie byłam do nich zbytnio przekonana. Całe szczęście się to zmieniło!


Zachwyciłam się nim od samego początku. Nie ma co ukrywać, że w ciągu pierwszych użyć była to zasługa samego zapachu, ponieważ dopiero później zauważyłam jego działanie. Krem niesamowicie nawilża. Co ciekawe jest treściwy, ale też szybko wysycha i nie zostawia tłustego filmu, więc spokojnie można go używać na co dzień, Często spotykam się z tym, że krem, który ma bardzo gęstą konsystencję nadaje się tylko na samą noc. Całe szczęście z tym tak nie jest. Dłonie po nim są niesamowicie gładkie, a z kolei gdy nałożycie go na noc, to w miły sposób utula was do snu. Ciekawe jest również to, iż po umyciu dłonie dalej są aksamitnie miękkie. Nie mamy efektu ściągnięcia.


Owa konsystencja sprawia, że jest niesamowicie wydajny. Mi wystarczył na trochę ponad 3 miesiące prawie 4 miesiące  (tylko weźcie też pod uwagę, to że w torebce i pracy mam oddzielne kremy). Fajne w nim jest również opakowanie, w którym nakrętka  nie jest zakręcana - co sporo ułatwia w jego zamykaniu oraz elastyczna druga część - która pomaga wydobyć produkt na tyle, że po przecięciu opakowania możemy użyć krem jeszcze raz / ewentualnie dwa. .


Sam krem możecie kupić na stronie iHerb. Moim zdaniem jest naprawdę warty uwagi. Zapach i co najważniejsze naturalny skład - to jest to!

Jestem ciekawa Waszych opinii na temat naturalnych kosmetyków. 

Pozdrawiam Was cieplutko! :*

niedziela, 20 września 2015

Mariza - nawilżająca maseczka do twarzy

Witajcie! Ostatnio zastanawiając się nad kosmetykami, o których chcę napisać, zauważyłam pewne zjawisko. Praktycznie w ogóle nie pojawiają się u mnie buble kosmetyczne. Nie oznacza to, że teraz będę na siłę ich szukać i pisać o nich. Chociaż w sumie dzisiejszy post może temu trochę przeczyć.

Co ciekawe maseczka do twarzy z firmy Mariza jest na tyle "dobra", że w ogóle zapomniałam o jej istnieniu w mojej łazience. Dlatego też takie opóźnienie w recenzji. Post nie będzie długi, bo nie widzę sensu rozpisywania się na temat czegoś co tak naprawdę nie robi nic.


W kwietniu tamtego roku miałam okazję wziąć udział w cudownym spotkaniu blogerek, które odbyło się we Wrocławiu. Właśnie tam otrzymałam tego bubelka.


Od samego początku miałam do niej mieszane uczucia, ponieważ nie do końca przepadam za maseczkami, które przez cały czas od nałożenia mają konsystencję kremu do twarzy. Niestety moje przeczucie się sprawdziło.


Dla mnie jej zapach jest niesamowicie sztuczny. Szczerze mówiąc mając ją na twarzy mam wrażenie, jakby nakładała samą chemię. Nie zauważyłam jakiegokolwiek pozytywnego czy też negatywnego działania. Niestety nie powiem Wam na ile mi wystarczyła, ponieważ używałam jej dosłownie 12 razy. Jak wiecie nawet kosmetyki, które mają minimalne działanie zużywam do końca, ponieważ nie lubię ich marnotrawić, niestety z tym nie dałam rady tego zrobić.  

Dla mnie jest zdecydowanym bublem i wiem, że z pewnością do niej nie wrócę. Ponadto i tak zmieniam swoją pielęgnację na bardziej naturalną i wolę swoje maseczki, które wykonują przy pomocy glinek czy też sody oczyszczonej.

Miałyście ją może? Ciekawa jestem jakie są wg Was najlepsze maseczki do twarzy.

Pozdrawiam Was Cieplutko! 

sobota, 12 września 2015

Urodzinowo

Witajcie! Pewnie większość z Was się zdziwi i lekko zszokuje, ale nawet nie zdajecie sobie sprawy jak się cieszę z zakończenia tak upalnego okresu. Zdecydowanie bardziej wolę jesienną aurę. Dzisiaj przychodzę do Was z typowo urodzinowym postem. Obserwując mnie na Instagramie mogliście zaobserwować to, iż niedawno obchodziłam swoje urodziny. Dlatego też w tym poście zobacyzcie co dostałam na urodziny :).

Sama dla siebie postawiłam na torebkę Longchamp. Mam ją dopiero 12 dni, dlatego też za dużo o niej nie powiem, ale naprawdę jestem zadowolona z zakupu.  Z pewnością za jakiś czas napiszę o niej parę słów. 

Od swojego chłopaka otrzymałam rzeczy z poniższego zdjęcia. Mata już była testowana. Jest świetna! Dużo dobrego słyszałam o tych książkach. Lada moment zabieram się za czytanie, a później dokupię ostatnią część.


Ogromną niespodziankę zrobiła mi Madzia. Link do jej bloga znajdziecie tutaj. Możecie przeczytać na powyższym zdjęciu, że tylko pewna część była urodzinowym prezentem, ale rzeczy z paczki są tak przecudne, że całą ją traktuję jako prezent :).


Taki oto cuda sprezentowała mi Madzia. Jeszcze raz dziękuję z całego serducha. Róż i tusz idą dzisiaj w ruch :).

Nigdy nie miałam na swoich rzęsach jakichkolwiek doczepek. Jestem ciekawa jak będę u mnie wyglądały i czy w ogóle dam radę je sama sobie założyć :P.


Jak zobaczyłam te dwa przedmioty zachodziłam w głowę co to takiego jest? Dzięki pomocy Madzi okazało się, że Stylizacje mówiła o nich w kontekście usuwania wągrów. Zobaczymy czy pomogą na moje :).


Ten tusz pokochałam od pierwszego użycia. Teraz będę spokojnie mogła wymienić swoje stare opakowanie na nowe, ponieważ obecna mascara zaczęła mi się osypywać. Nawet nie wiecie jak podoba mi się sposób pakowania kosmetyków. Szkoda, że u nas się tak nie robi.


Staram się przerzucić na antyperspiranty, które nie zawierają aluminium. Słyszałam dużo nieprzychylnych opinii na temat Crystal Essence. Po cichu liczę, że jednak u mnie się sprawdzi. Jakiś czas temu otrzymałam od Madzi inny naturalny antyperspirant i jestem z niego bardzo zadowolona :). Olej winogronowy będę używałam do nawilżenia całego ciała - liczę na to, że jego nawilżenie nie będzie za słabe na zimną aurę. Kolejnym produktem jest tonik do twarzy również z iHerb - czeka w kolejce aż zużyję swoje obecne kosmetyki.


Jakiś czas temu skończyłam używać swój szampon w kostce - był z tej samej firmy. Przyznam, że nie do końca spełnił moje oczekiwania. Może ten będzie lepszy? 


Essie, Essie wszędzie Essie :D. Dostałam oczopląsu od ilości lakierów :D. Co prawda teraz zdecydowałam się na hybrydy, ale pewnie za jakiś czas będę musiała dać swoim paznokciom trochę odpocząć :). Poza tym zawsze są paznokcie u nóg. Wczoraj na nie powędrował Mint Candy Apple.


Kolejna szminka do mojej stale powiększającej się kolekcji. Tym razem padło na matt od NYX. Odcień jest przepiękny :).  Za każdym razem obiecuję sobie banna na szminki, ale jakoś tak wychodzi.. Trzymajcie kciuki by udało mi się wytrzymać bez nowej do końca tego roku :D.


Oszalałam jak zobaczyłam słynny rozświetlacz. Dzisiaj również go użyję i mam nadzieję, że przy moich zdolnościach nie zrobię sobie nim krzywdy. 

I jak podobają się Wam moje prezenty? Przyznam szczerze, że były to moje najlepsze urodziny ever!

Ściskam Was cieplutko!

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...